Kartka papieru

Posted in Blog on January 18th, 2012 – Be the first to comment


Photo by Matt

Dryfując pomiędzy różnymi narzędziami w codziennej pracy znów zacząłem używać zwykłego zeszytu i pióra. Równolegle do aplikacji pozwalających pisać i notować na klawiaturze telefonu bądź komputera (dalej głównie Evernote mimo krótkiej przygody z SimpleNote). Klawiaturowe narzędzia nie wystarczyły, a raczej każde z nich w jakiejś sytuacji zawodziło. Nie potrafię poradzić sobie bez jakiegoś brzęczyka, potrzebuję więc telefonu by pamiętać o rzeczach które muszą wydarzyć się w konkretnych momentach – bo tylko on z przedmiotów które mam zwykle przy sobie potrafi brzęczeć. Nie potrafię jednak również poradzić sobie ze skomplikowanymi aplikacjami, gdy z jakiegoś powodu potrzebuję pomyśleć i wyciągnąć – a więc zapisać – z tego jakieś wnioski. Najlepiej widać to przy tworzeniu map myśli. Robienie ich za pomocą nawet najlepszych aplikacji to dla mnie koszmar. Pamiętanie o wszystkich guziczkach, ikonkach, kolorkach i innych szczegółach które w zamyśle mają uczynić mapę bardziej czytelną, w moim przypadku zmieniają zapis kreatywnego myślenia w prezentację. Być może wygląda tam ładniej niż bohomazy na kartce, ale sam proces jej stworzenia jest niespójny z tym jak powinna pracować mapa myśli. Nie mogę myśleć o tym jak ją robić, mam myśleć tylko o tym co się ma na niej znaleźć. Nie ma być grafem, którego funkcją jest przedstawienie czegoś w czytelniejszy niż fragment tekstu sposób. Ma umożliwić odwzorowanie nieliniowego i wielowątkowego procesu myślenia po to by jak najwięcej z niego wyciągnąć. Mapa nadaje się do tego najlepiej ponieważ nie wymaga żadnych zasad. Proste graficzne przedstawienie tego co próbuję rozpracować jest łatwe do zrozumienia, jak większość graficznej treści. Nie osiągnę tego jeśli dodaję do mapy symbole wymagające dodatkowej wiedzy. Dodatkowo aplikacja wymaga często umiejętności obsługi, czyli nie tylko muszę wiedzieć co dodać ale i również jak. W efekcie aplikacje się nie sprawdzają. Zbyt duży opór interfejsu.

Moje nieudane mapy myśli były więc impulsem by zacząć znów używać papieru (w pewnym stopniu razem z faktem, że w ramach świątecznej promocji można było kupić w Biedronce niezłe zeszyty za połowę ich ceny:P). Z czasem zauważyłem kilka innych zalet tej opcji, którymi postanowiłem się podzielić z myślą o tych, którzy również mają problem z narzędziami:

  1. Jak zasugerowałem wyżej, kartka papieru daje mniejszy opór w relacji pomiędzy tym co chcemy zapisać a tym co nam się realnie udaje zapisać. Pracując piórem możemy wspomagać się przekreśleniami, podkreśleniami, grafikami, symbolami i wszystkim innym co tylko przyjdzie nam do głowy. Nie musimy się zastanawiać jak w edytorze tekstu pisze się ten symbol, który jest nam właśnie potrzebny. Nie musimy szukać opcji zmiany koloru, orientacji, czy wielkości tekstu.
  2. Moim problemem często jest zacząć coś robić – mówiąc bez ogródek: nie chce mi się. Jedną z rzeczy które robię by się zdobyć na wysiłek jest napisanie tego nad czym chcę pracować, na kartce. Kartka, w przeciwieństwie do dokumentu w edytorze tekstu, nie da się skasować ani wymazać bez śladu. Można ją wyrzucić ale to już boli, bo trudno nie pomyśleć wtedy o tym, że uciekam przed robotą. Napisanie problemu na kartce papieru ma pewną finalność. Pojawiło się na papierze, jest więc postawione i wymaga zrobienia. Jeśli się nim nie zajmę, będzie razić mnie w oczy dopóki tego nie zrobię. Jeśli zamknę bądź wyrzucę tą kartkę, będzie obciążać moje sumienie. Skoro to napisałem, to znaczy że jest dla mnie ważne i mam powody by to zrobić.
  3. Pisanie na kartce pozwala się skupić. Tak!!! Jak to wytłumaczyć? Wspomogłem się badaniami innych. Naciskanie guzików na klawiaturze jest mniej angażujące ponieważ (zakładając, że jesteśmy przyzwyczajeni do jej używania) nie wymaga formowania liter. Wystarczy że pomyślę słowo, nacisnę guziki i jest. Nie muszę włożyć wysiłku w ręczne ukształtowanie wiadomości. Mówiąc inaczej: odręczne pisanie angażuje mózg nie tylko w sformułowanie myśli, ale również w ukształtowanie liter, nacisk pióra na papier, ruch dłoni itd. Jestem bardziej skupiony i zaangażowany gdy piszę niż gdy klikam (więcej na ten temat tu)
  4. Pisanie na kartce papieru pozwala lepiej przeanalizować problem. Jest wolniejsze i trudniejsze. Dzięki temu jestem nie tylko mniej skupiony na innych bodźcach, ale również więcej wysiłku poświęcam problemowi o którym piszę. To prowadzi do lepszych pomysłów. Warto pamiętać, że nie tylko te myśli które pojawią się w mojej głowie świadomie, są efektem pracy mojego mózgu. Duża część mentalnego wysiłku jest nieświadoma, ale w odpowiednim momencie może pojawić się w świadomości jako ciekawy pomysł.
  5. I jeszcze jedna bardzo ważna rzecz: kartka nie jest podpięta do sieci. Nie docierają do niej maile, notyfikacje na Facebooku i nowe twitty. Oczywiście warto również wyłączyć dźwięk w pobliskim komputerze i automatyczną synchronizację telefonu który leży obok, jeśli chce się w pełni docenić tą zaletę:P

Napisałem ten tekst bezpośrednio w edytorze, ale myśląc nad tym jak on będzie wyglądał, czytając inne artykuły na powiązane tematy, generalnie, pracując nad nim, robiłem odręczne notatki. Mam je teraz przed sobą obok klawiatury i zaglądam do nich pisząc. Zastanówcie się – czy widzieliście kiedyś Dr House’a używającego swojego Maca zamiast zwykłej tablicy, gdy pracował ze swoim zespołem nad rozwiązaniem problemu?

Zgubić się raz w roku

Posted in Blog on December 25th, 2011 – Be the first to comment

Lost
Photo by: GuerillaNerd

Dwa razy w tym roku miałem okazję odwiedzić miejsca, które były zupełnie różne (a przy tym relatywnie oddalone) od mojego codziennego otoczenia. Pierwszym z nich było Glasgow, drugim Rzym. Nie mogę powiedzieć, że obydwa były jakoś wysoko na liście miejsc w których chciałbym się znaleźć. Po prostu była okazja. Do Glasgow wybrałem się po spotkaniu służbowym jakie odbyliśmy na obrzeżach miasta. Do Rzymu pojechałem na prośbę bliskich. W obydwu przypadkach nikomu nie powierzyliśmy naszego czasu, nikogo nie poprosiliśmy o pomoc w poznaniu tego miejsca. W Rzymie oznaczało to, że musimy sami znaleźć miejsce w którym mieliśmy nocować, sami tam też dotrzeć za pomocą komunikacji miejskiej. Gdy rano wstawaliśmy nie czekał na nas żaden interesujący program dnia – to również musieliśmy zaplanować sami. Mieliśmy kupiony bilet na całą komunikację miejską na tydzień, nasz plan wyglądał więc zwykle tak, że wybieraliśmy coś co chcemy obejrzeć a następnie sprawdzaliśmy jak najlepiej tam dotrzeć. W Glasgow po prostu taksówka wysadziła nas w centrum. Wysiedliśmy i ruszyliśmy przed siebie.

To były zupełnie inne doświadczenia niż wiele zorganizowanych wysiłków poznawania, w jakich miałem okazję brać udział. Gdy byłem zmęczony siadałem na schodach któregoś ze znanych rzymskich kościołów i mogłem siedzieć tam chociażby do końca dnia. Nie czekał na mnie żaden następny punkt programu, chyba że sam sobie go postanowiłem. Bycie w obcym, nieznanym miejscu zdanym na siebie jest fascynującym uczuciem. Jeśli dodatkowo chcemy w tym miejscu poznać coś nowego, wyjść naprzeciw niemu, jest to dodatkowo emocjonujące. Wymaga pewnej specyficznej odwagi. Z jednej strony wiem, że teoretycznie nie czeka mnie żadne realne niebezpieczeństwo – jestem w środku cywilizowanego świata jak by nie było. Z drugiej strony, jestem obcy i to widać. Nie mówię językiem tubylców (nie miejcie złudzeń że umiejętność rozmowy po angielsku da wam w Szkocji poczucie, że rozumiecie miejscowych). Muszę więc odważyć się na nie ukrywanie się, na otwarcie się na ludzi. Muszę mieć odwagę liczyć na życzliwość mojego otoczenia, od którego mogę potrzebować informacji, usług (polecam włoskie lody) czy na zwyczajną tolerancję wobec mojego nie-rozumienia. Muszę mieć też odwagę by się zgubić. By pozwolić sobie przez jakiś czas po prostu iść do przodu, z nadzieją że moje przewidywania okażą się słuszne i że uda mi się znaleźć tam gdzie zmierzam. Lub by prostu skręcić widząc coś interesującego i znaleźć się gdzieś indziej.

Ta odwaga, czy może naiwność, jest raczej trudna do osiągnięcia teraz, gdy nie tylko brak jasnego celu jest stratą cennego czasu, ale i wybór okrężnej drogi jest stratą cennej energii. Przynajmniej ja czułem że coś we mnie nie jest zadowolone, że narażam się na marnowanie czasu i energii. Bez niej jednak najprawdopodobniej spędziłbym ten czas pijąc kawę w jakimś oczywistym miejscu, bądź słuchając przewodnika z nadzieją że coś mnie zainteresuje. Nie przeżyłbym też nic niepowtarzalnego. Nic co dałoby mi później chociażby inspirację do napisania czegoś o tym przeżyciu, albo i dużo więcej. Warto więc zgubić się w obcym miejscu, przynajmniej raz na jakiś czas. To dobre ćwiczenie na bycie tu i teraz.

Odważnie

Posted in Blog on November 24th, 2011 – 1 Comment

Scary
Photo by Duane Romanell

Odwaga jest rodzajem świadomości. Sam fakt, że widzę jak ktoś robi coś, co we mnie wywołuje strach, nie oznacza że ten ktoś jest odważny. Jest tak ponieważ nie można być odważnym, nie będąc świadomym niebezpieczeństwa. Można być brawurowym – nie wiem zresztą czy to jedyne słowo jakiego można użyć do określenia tej postawy. Ważne jest w każdym razie, że odwaga jest połączona ze świadomością. Odwaga wiąże się z wyborem wynikającym ze świadomości niebezpieczeństwa. Zdając sobie sprawę z przyczyn moich obaw, podejmuję wybór zmierzenia się z nimi, bądź podejmuję wybór uniknięcia potencjalnego źródła moich obaw.

Odwaga to duże słowo. Kojarzy się z rycerzami, smokami, albo Powstaniem Warszawskim – w zależności od osoby. Ja jednak nie widzę powodów, dla których odwaga miałaby być czymś różnym w zależności od tego, jak duża jest decyzja. Nasz umysł potrafi z najmniejszej rzeczy uczynić mur nie do przejścia. Ile razy zdarzyło wam się czuć obawę której inni nie rozumieli? Wiele moich obaw jest subiektywnych, ale zmierzenie się z nimi nie jest przez to mniej prawdziwe.

Codziennie czekają mnie decyzje. Niektóre z nich nie budzą obaw. Mam co najwyżej dylemat bo nie wiem, który z wyborów jest bardziej opłacalny. Gdy wybór wymaga także odwagi, jest tak ponieważ pojawiły się czynniki, których prawdopodobieństwo trudno jest dokładnie określić a przy tym ich wystąpieniu towarzyszy dyskomfort. Boję się tego co nieznane, niepewne i potencjalnie nieprzyjemne. Tamta praca będzie lepsza – to efekt racjonalnej kalkulacji, ale muszę się przeprowadzić do Krakowa by ją mieć. Niby nie jest to daleko ale to jednak inne miasto, w którym znam tylko parę osób. Nigdy nie przenosiłem się na dłużej, więc czeka mnie mnóstwo niewiadomego, zarówno w przeprowadzeniu samego zamiaru jak i w życiu z jego konsekwencjami. To jest dla mnie zdecydowanie odpychające.

Problemem przy moich obawach jest to, że mam pewne wyobrażenie na ich temat, ale ponieważ jeszcze się nie zdarzyły, nie wiem w jaki sposób i czy w ogóle przerodzą się one w fakty. Mogę zebrać informacje, cudze doświadczenia, poprosić o radę, rozpisać za i przeciw, przygotować awaryjne plany, podzielić obawę na drobniejsze części i do każdej z nich przypisać jakieś potencjalne remedium, innymi słowy przygotować się jak się tylko da. Nie zmieni to jednak faktu, że mając świadomość najgorszego potencjalnego scenariusza jaki przychodzi nam do głowy, muszę zdobyć się na odwagę by potencjalnie się z nim zmierzyć. Dość łatwo zapominam, że coś co jeszcze się nie zdarzyło, nie zdarzyło się wcale. Zdobycie się na odwagę jest dla mnie trudniejsze niż całe to przygotowanie. A gdy się uda, dalej kusi mnie możliwość wycofania się z decyzji jeśli jeszcze mogę, póki straszne wizje nie staną się niebyłe bądź się nie ziszczą. Przeważnie zresztą gdy już dzieje się coś trudnego, po prostu radzę sobie z tym. Często wieczorem mam dość, wstaję z niechęcią, ale radzę sobie. Prędzej czy później łapię oddech i w ten czy inny sposób sytuacja się polepsza.

Odwaga jest wartością. Wartość to coś co daje mi poczucie nagrody gdy to osiągnę i poczucie straty gdy z tego zrezygnuję. W przypadku wartości wiem z czego wynika zarówno nagroda jak i strata. Zwykle te sytuacje w których odważyłem się, doprowadzały mnie do czegoś wartego zapamiętania. Doświadczenia których nikt by mi nie zaproponował, ukryte drogi, jakich nie spodziewałem się znaleźć. Rzeczy, które pozwalały uśmiechnąć się do siebie, ponieważ zrobiłem coś, co budziło mój strach i od czego mogłem uciec. Mogłem powiedzieć sobie: tym razem to ja żyję moje życie a nie ono mnie i czułem się z tym dobrze. Wiem więc, że odwaga jest wartością, ponieważ wiem, że coś osiągnąłem gdy zrobię odważną rzecz.

Odważne decyzje niosą ze sobą również porażki. I nie będę czarować – w dużej skali proporcja nie jest wiele lepsza niż 50 na 50. Cały trick tkwi w tym, że porażka jest wartością tak samo jak zwycięstwo. Bo porażka też jest dowodem na to, że zrobiłem coś odważnego. Trzeba jeszcze tylko nauczyć się wychodzić z dołów, w które wrzuci mnie uczucie, że tym razem nie wyszło. Nie jest to łatwe, ale staram się zacząć myślenie o tym
właśnie od: “tym razem”. Najtrudniej jest wtedy gdy oprócz ciężaru mojej porażki muszę jeszcze ponieść ciężar tego, że nie akceptuję faktu, iż mogę ponosić porażki, staram się więc unikać tej myśli. Cieszyć się tym, że się odważyłem.

Odwagę warto trenować. Żadna technika planowania, metodologia zarządzania projektem, umiejętność oceny ryzyka – nie zastąpi odwagi. Nieważne jak dobrze to rozpracuję, jak pięknie zaplanuję, mogę co najwyżej zracjonalizować i zmniejszyć obawę. W końcu jednak trzeba będzie zacząć bądź zrezygnować. Trening może polegać na podejmowaniu małych odważnych decyzji i przyzwyczajaniu się do nich. Może też polegać na kształtowaniu umiejętności unikania oceny efektów do z góry zaplanowanego momentu. Odwaga nie jest dla nikogo zarezerwowana.

A ty? Czym dla Ciebie jest odwaga?

Czy ten dzień ma sens?

Posted in Blog on October 27th, 2011 – 2 Comments

good day
Photo by Fredo Alvarez

Zdarzało mi się już sporo wysiłku poświęcać różnym metodom planowania, osiągania celów czy też sprawnego zarządzania czasem. W mniej lub bardziej udany sposób eksperymentowałem z różnymi systemami i założeniami. Dawno też zauważyłem, że duże problemy sprawiało mi ewaluowanie tego, co już zrobiłem w ramach jakiegoś planu czy zadania. Zgodnie z zasadą małych kroków postanowiłem więc zacząć od prostego ćwiczenia, które pomoże to zmienić. Każdego dnia zadaję sobie pytanie dotyczące dnia poprzedniego:

Czy wczoraj zdarzyło się coś, co uczyniło ten dzień sensownym?

Daję sobie zupełną dowolność w odpowiedzi. Sensownym wydarzeniem może być zarówno skończenie czegoś nad czym pracowałem przez ostatni miesiąc, jak i 10 minut interesującej pogawędki przy kawie. Ważne, by temu wspomnieniu towarzyszyło subiektywne uczucie, że wydarzenie którego ono dotyczy jakoś uzasadniło poprzedni dzień. Dlaczego akurat w taki sposób i co mi to daje? Kilka spostrzeżeń:

  • Przede wszystkim prostą ewaluację. Trudno mi ocenić jakikolwiek zaplanowany zamiar, jeśli nie stwierdziłem, czy udało się go zrealizować. W tak postawionym pytaniu nie zawsze odpowiedzią jest realizacja jakiegoś planu, ale jeśli tylko coś, co nim było udało mi się zamknąć, na pewno pojawi się to jako osiągnięcie.
  • Wzmocnienie poczucia kontroli. Kontrolę tego co robię wolę odsunąć od samego działania, pozwolić sobie na odrobinę ostudzenia nastroju. W efekcie czasem odsuwam ją za bardzo. W trakcie tego ćwiczenia wracam do tematu wystarczająco szybko.
  • Pozytywną motywację. Pytanie jest zadane w taki sposób, że jeśli tylko poprzedniego dnia zdarzyło się coś, co spełnia kryteria pozytywnego doświadczenia – mam wspomnienie, które pomaga naładować nieco baterię dnia następnego.
  • Negatywną motywację. Jeśli następnego dnia nie znalazłem w poprzednim żadnej sensownej odpowiedzi – mam powód, by starać się bardziej. Tego rodzaju podejście wymaga nieco praktyki – nie zawsze znajdują się jakieś pozytywne wnioski z subiektywnie bezsensownego dnia, ale na szczęście sytuacje, gdy nic mi nie przychodzi do głowy zdarzają się relatywnie rzadko. Nawet gdy w efekcie negatywnych wniosków stracę jakąś część energii do działania, pozwalam sobie na to, traktując to jako swoisty odpoczynek od mobilizacji. Dno, pośród wielu zastosowań ma również to, że stanowi punkt odbicia jeśli zechcemy je w ten sposób wykorzystać:)

Okazuje się, że ćwiczenie jest na tyle proste i pomocne, że przyjęło się w mojej codzienności prawie bez wysiłku. Nie musiałem ustawiać przypomnień czy szukać odosobnienia, by móc nad tym popracować. Chwila w dowolnym momencie dnia wystarczy. Oczywiście nie jest to wystarczające do ewaluacji wielu bardziej skomplikowanych zamiarów czy też projektów. Pomaga jednak zacząć mierzyć się z samym sobą pod tym względem. Polecam.

Jeśli podoba Ci się ten tekst, podziel się nim z innymi:)

Teoria Bólu

Posted in Blog on September 28th, 2011 – 2 Comments

Pain
Photo by Svenwerk

Teoria bólu wygląda tak. Każdy w ciągu całego swojego życia dostaje ten sam ciężar do uniesienia. Zakładając, że gdzieś tam jest sobie byt absolutny, który obserwując stawia przy nas haczyk jeśli zadowalająco sobie poradzimy, to jest głównym celem naszego żywota – unieść. Oczywiście to założenie już samo w sobie ogranicza zastosowanie tej teorii do pewnej konkretnej grupy ludzi – jeśli ktoś jest przekonany że jesteśmy po prostu ssakami i niczym więcej cóż, trudno mu będzie zrozumieć. Nie trzeba być jednak chrześcija bądź innym ninem by się do tej teorii przywiązać. Rytuały i księgi to jedna rzecz, ignorowanie wielu niezrozumiałych z punktu widzenia przetrwania namiętności, jakie nękają ludzi to już coś zupełnie innego.

Teoria oczywiście rodzi wiele wątpliwości. Przykład: spójrzmy na człowieka który może się ze wszech miar uznać za szczęściarza, zajął się czymś co dało mu sporo kasy, ma zapewniony byt, odłożone pieniądze, rodzinę itd. itp. Do porównania postawmy bezdomnego który właśnie położył się spać na parapecie krakowskiego dworca autobusowego. Ma jakieś 15 do 30 minut snu przed sobą. Potem zostanie wyrzucony przez ochronę, która w trakcie obchodu zauważy, że śpiąc na parapecie i śmierdząc, nie pasuje do typowego wizerunku podróżnego.
Porównanie na pierwszy rzut oka wydaje się być nietrafione, przynajmniej przy założeniu, że test który właśnie przechodzą swoim życiem jest taki sam. Obydwaj ci ludzie na pewno się jednak różnią. Mają inne wartości, inne podejście do życia, inne trudności w codzienności, inne słabości i talenty.. To dość oczywiste, są ludzie którzy potrafią nawiązać serdeczną przyjaźń z dowolnie wybranym człowiekiem jaki znajdzie się w ich otoczeniu, są też tacy, którzy nie lubią jakichkolwiek bliższych kontaktów z ludźmi, którzy nie przeszli długiego procesu przyznawania kredytu zaufania. No więc są z całą pewnością ludzie, którzy mając dostęp do wszystkich materialnych przyjemności jakie może nam obecnie zaoferować świat, dalej będą nieszczęśliwi, bo coś czego potrzebują, chociażby to było coś tak banalnego, jest dla nich nieosiągalne. Są też ludzie, którzy nie mając nic, będą szczęśliwi, ponieważ coś co jest dla nich ważne jest w ich zasięgu. Oczywiście są też zapewne ludzie, którzy nie mając nic są nieszczęśliwi, bo to co mogłoby uczynić ich szczęśliwymi, również jest dla nich nieosiągalne. Cóż, nie wszyscy przecież muszą zdać.

Tak czy inaczej, czy można powiedzieć: ten człowiek jest szczęśliwy o kimś, o kim wiemy tylko to, że ma coś co nas uczyniłoby szczęśliwymi? Nie sądzę. Jeśli zgodzicie się ze mną, pewnie uznacie że teoria bólu nie jest wcale taka łatwa do odrzucenia.

A do tego można by przecież jeszcze dołożyć drugą szalę – założenie, że każdy z nas ma w sobie coś. Byt absolutny, o którym wspomniałem powyżej mógłby do warunków zaliczenia jeszcze dołączyć to, jak korzystamy z tego, co dzięki naszym wrodzonym bądź nabytym możliwościom robimy i jak w tej perspektywie wykorzystujemy, z punktu widzenia na przykład zasad moralnych, to co jest specyficzną naszą, niepowszechną umiejętnością. Umiejętnością, jaką możemy podzielić się z innymi.

Kolejny warunek, który utrudnia ocenę na podstawie tego co widać. Nie sądźcie abyście nie byli sądzeni.

Jeśli podoba Ci się ten tekst, podziel się nim z innymi:)